środa, 25 grudnia 2013

Male miasteczka Brazylii / Small towns of Brazil

Scroll down for the English version

Zauroczyły nas małe miasteczka Brazylii. Oczarowały swoją tajemniczością, uwiodły spokojem, zafascynowały historią. W końcu mogliśmy w nich nieco odpocząć od ciągłego uważania na kręcących się wokół podejrzanie wyglądających ludzi. Mogliśmy powłóczyć się po ich wąziutkich uliczkach bez obawy, że zaplączemy się tam gdzie nie trzeba. W końcu mogliśmy znowu poczuć się bezpiecznie.

Były one dla nas odskocznią od harmidru panującego w wielkich miastach. Chwilą wytchnienia od hałasu, tłoku a przede wszystkim od ciągłego poczucia zagrożenia. Momentem na złapanie oddechu przed powrotem do miejskiej dżunglii wielomilionowych metropolii.

Wśród tych miasteczek znalazły się między innymi te, które ze względu na swój unikalny charakter zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (Olinda, Sao Cristovao, Goias, Ouro Preto, Diamentina i Parati). Były to zarówno miasta górnicze, których historia jest ścisle związana z wydobyciem szlachetnych kruszców w pobliskich górach (chociażby Ouro Preto, którego nazwa oznacza tyle co Czarne Złoto, czy Diamentina), ale także miasta nadmorskie (Olinda czy Parati).

Część z nich była położona na standardowej trasie wycieczek przyjeżdżających do Brazylii (Olinda, Ouro Preto czy Parati), ale w niektórych byliśmy jedynymi z niewielu gringos i od razu wzbudzaliśmy sensację wśród miejscowych (Goias, Sao Joao del Rei czy Marianna).

Nie będę się tutaj rozpisywać o ich kolonialnej historii, czasach prosperity i upadku (szczególnie ciekawa jest historia Goias, które w przeszłości było bogatą stolicą prowincji, dzisiaj natomiast jest spokojnym prowincjonalnym miasteczkiem, czy też Olindy, która straciła swoją pozycję po wojnie z pobliskim Recife). Informacje na ten temat bez problemu możecie sobie znaleźć w internecie. Zaprezentuję Wam tu raczej wycinki z życia lokalnych mieszkańców, których udało się nam spotkać na swojej drodze.

W Olindzie, która położona jest zaraz koło wielomilionowego i uważanego za niebezpieczne Recife, wybraliśmy się do lokalnego baru. Zaczepił nas tam mówiący po angielsku Brazylijczyk. Okazało się, że jest właścicielem firmy odzieżowej, ojcem dwóch dorastających córek, które właśnie kończą uniwersytet. Z prawdziwą dumą opowiadał nam o ich wynikach w nauce, ale także o ciężkich czasach, kiedy na parę lat musiał wyjechać do Stanów Zjednoczonych, gdzie jego córka była leczona na raka. Nowotwór na szczęście został pokonany i teraz siedząc z kumplami na piwku w czasie przerwy na lunch, mógł on tę piękną historię opowiedzieć przypadkiem zaplątanej tam parze gringosów.

W Goias mieszkaliśmy u matki-hipiski i jej syna-terapeuty. Pewnego piątkowego wieczora zabrali nas oni do schowanego w zakamarkach malutkich uliczek baru. Wybraliśmy się tam już dosyć późno, bo około 2:00 w nocy, jednak według naszej gospodyni, ludzie nie zaczynają się tam schodzić wcześniej niż około 23:00. Jednak gdy dotarliśmy na miejsce w barze siedziało zaledwie dwóch podstarzałych amantów oraz mała grupka podpitej młodzieży. Zamówiliśmy piwo, nie bardzo licząc na rozwój sytuacji. Ku naszemu zaskoczeniu około 3:00 zaczęli się schodzić ludzie. Starszy Murzyn co chwila porywał mnie lub inne dziewczyny do tańca. Uczył mnie kroków popularnego tutaj forro. W chwilach wolnych od tańca rozmawiałam z parą gejów o ich sytuacji w Brazylii. O dziwo w takim małym miasteczku, znaleźli oni swoją przystań i odnajdują tam więcej tolerancji niż w innych miastach. Nie powstrzymuje ich to jednak od chęci wyjazdu do krajów, w których panuje większa akceptacja mniejszości homoseksualnych. Około 4:30 byliśmy już bardzo zmęczeni po dosyć intensywnym dniu. Wróciliśmy więc do domu,  podczas gdy impreza rozkręcała się w najlepsze.

Ouro Preto, poza tym, że jest wspaniałym miastem kolonialnym, położonym przepięknie na wzgórzach, jest także dużym ośrodkiem akademickim. W związku z tym wielu z couch surferów mieszka w bardzo popularnych republikach. Jest to rodzaj naszego akademika bądź mieszkania studenckiego na wzór amerykański. Mają one swoje nazwy, swój hymn, swoje tradycje... My mieszkaliśmy w Republica Olympo. Ci z Was, którzy znają nas z czasów uniwersyteckich wiedzą, że Albin mieszkał w łódzkim Olimpie. Dlatego też pobyt w Ouro Preto był dla nas swoistym wehikułem czasu. Pierwszego wieczora wybraliśmy się do pobliskiego baru studenckiego. Początkowo siedzieliśmy w czwórkę, jednak szybko dołączyli do nas studenci z innej republiki. Zaczęły się śpiewy, picie cachasy, przekrzykiwanie się, ‘walka’ na przyśpiewki... Typowy studencki wieczór. Po paru piwach, Albin próbował nauczyć Brazylijczyków „Przybyli ułani pod okienko”. Nawet całkiem nieźle mu to szło :) Wieczór zakończył się robieniem wspólnych zdjęć i powrotem, nie do końca prostą drogą do domu. Następnego dnia nasi gospodarze ciężko sobie radzili... Uniwerek... Ach, co to były za czasy!

Sao Joao del Rei przywitało nas największą ulewą od 40 lat. Dzień wcześniej malutka rzeczka płynąca przez miasto wylała zalewając ulice miasta i utrudniając komunikację. W związku z fatalną pogodą większość czasu spędziliśmy w domu. Udało się nam jednak na chwilę wyjść z naszym gospodarzem, aby zobaczyć starówkę. Zanim wybraliśmy się na zwiedzanie zabrał nas on jednak do lokalnej jadłodajni, w której za jedyne 1,50 reala (3 zł) można było się porządnie najeść. Był to nasz pierwszy kontakt z restauracją popular. Jest to miejsce otrzymujące dotacje od państwa i dlatego posiłki są tam tak tanie. W związku z tym, do tego typu miejsc przychodzą wszyscy, którch nie stać na droższe restauracje: studenci, ludzie starsi, ale tekże bezdomni. Podobno normalnie kolejka jest strasznie długa, ale z powodu deszczu udało się nam dostać naszą porcję ryżu z fasolą i mięsem bez czekania. Ludzie na sali przyglądali się nam ze zdziwieniem: co dwójka gringosów robi w takiej podrzędnej knajpie? Przecież gringo zazwyczaj mają pieniądze i wolą bardziej wyszukane miejsca? My z kolei z zainteresowaniem przyglądaliśmy się przychodzącym tam ludziom, którzy stanowili kolorowy przekrój lokalnej ludności.

Małe miasteczka... Mieszkają w nich wielcy ludzie, o wielkich sercach. Mają one bogatą historię i wzbogacają nasz wyjazd o nowe doznania, nowe spotkania, nowe przygody. Jeżeli zdarzy Wam się przyjechać do Brazylii nie zapomnijcie odwiedzić przynajmniej kilku z nich. Na pewno na długo zostaną one w Waszej pamięci.


English:

We have been charmed by the little towns of Brasil.  Amazed by its mystery, seduced by calmness and fascinated history. Eventually we could have a little rest from the constant worry about hanging around a suspicious-looking people. We were able to wander on the narrow streets without fear of getting finding ourselves where we shouldn’t be. In the end again we felt safe.

For us they were an escape from all the rush of the big cities. They were a moment of respite from the noise, crowds and especially from the constant sense of danger; a moment to catch a breath before returning to the urban jungle of multi-million metropolis.

Among these towns were among others, those which, due to its unique character have been inscribed on the UNESCO World Heritage List (Olinda, Sao Cristovao, Goias, Ouro Preto, Diamentina and Parati). They were both mining towns which history is closely related to the extraction of precious metals in the nearby mountains (Ouro Preto which name means as much as Black Gold, or Diamentina), but there were also  coastal cities (Olinda or Parati).

Some of them were located on a standard road trips made by those traveling to Brazil (Olinda, Ouro Preto or Parati) but in some of them we were the only few gringos and we immediately aroused sensation among locals (Goias, Sao Joao del Rei or Marianna).

I will not dwell here on their colonial history, a time of prosperity and decline (especially interesting is the story of Goias, which in the past was a rich capital of the province but today is a quiet provincial town or Olinda which lost its position after the war with the nearby Recife). This information can easily be found on the internet. I'll rather show you clippings of life of local residents who we were able to meet on our way.

In Olinda, which is situated right next to multimillion and considered dangerous Recife, we went to a local bar. We were caught there English speaking Brazilian. It turned out that he was the owner of a clothing company, a father of two adolescent daughters, who are just finishing university. With great pride he told us about their results in science, but also about hard times, when he had to go to the United States, where one of his daughter was treated for cancer. Fortunately, the cancer was defeated and now he could sit with his friends enjoying a pint during the lunch break and he could tell us this beautiful story.

In Goias we lived with a hippie mother and her son - therapist. One Friday evening they took us to the bar hidden in the recesses of tiny streets. We went there already quite late, around 2:00 am, but we were told that people do not start to go down there earlier than about 11:00 pm. But when we got there at the bar were just sitting two older guys and a small group of drunk teenagers. We ordered a beer, not really counting on the development of the situation. To our surprise, about 3:00 am people began to come. Older black man all the time was taking me or the other girls to dance. He taught me the steps of forro popular dance here. When I was not dancing I was talking with a gay couple about their situation in Brazil. Surprisingly in such a small town they found their heaven and found there more tolerance than in other cities. This didn’t stop them from the willingness to go to countries where there is greater acceptance of the homosexual minority. Around 4:30 am we were very tired after a fairly hectic day. So we went back to the house, while the party spin up at best.

Ouro Preto, except that it is a wonderful colonial town, beautifully situated in the hills, is also a major academic center. Therefore, many of couch surfers live in very popular republics. It's kind of our dorm or student apartment at the American style. They have their names, their hymns, their traditions... We stayed at the Republica Olympo. Those of you who know us from the university time know that Albin lived in Lodz in a student house called Olimp. Therefore, stay in Ouro Preto was for us a kind of time machine. On the first evening we went to a nearby student bar. Initially, there were only four of us, but soon students from other republics joined us. They started singing, drinking cachaca, 'fight' for songs... Typical student night. After a few beers, Albin tried to teach Brazilians one of the Polish songs. He was quite good at this :) The evening ended with making common photos and coming back home not really straight way. The next day our hosts had a rough day... University... Oh, what a time that was!

Sao Joao del Rei greeted us with the biggest downpour in 40 years. A day earlier, a tiny river flowing through the city overflowed flooding the streets of the city and making it difficult to communicate. In connection with the fatal weather most of the time we spent at home. However, we managed to get out for a while with our host to see the old town. Before we went on the tour he took us to a local eatery, where for only 1.50 real (£0.50) we could get really full. This was our first contact with a restaurant called popular. It is a place which receives grants from the state and that is why meals there are so cheap. Therefore, to this type of restaurant come all type of people: who cannot afford the more expensive restaurants, students, the elderly, but also homeless. Apparently the normal queue is terribly long, but because of the rain, we managed to get our portion of rice with beans and meat without waiting. People in the room looked at us in amazement: what two gringos are doing in this kind of place? Usually gringos have money and prefer a more sophisticated place? We in turn looked with interest at the people coming. They made up the colorful cross-section of the local population.


Small towns... The great people with the great hearts live there. They have a rich history and enrich our trip of new experiences, new meetings, new adventures. If you happen to come to Brazil, do not forget to visit at least a few of them. For sure they will be long in your memory .

2 komentarze:

  1. Hej Justynko fajnie by było, gdybyście podawali koszty podróży.
    Extra blog , pozdrawiam serdecznie Ciebie i Albina :)

    OdpowiedzUsuń
  2. dziekuje za pomysl. mysle, ze po powrocie do Europy napisze posta podumowujacego caly wyjazd pod wzgledem kosztow. Wszystko mamy zapisane wiec nie bedzie z tym problemu :)

    OdpowiedzUsuń