wtorek, 26 listopada 2013

Dwie twarze Salvadoru / Two faces of Salvador

Scroll down for the English version

Po całej nocy spędzonej w autobusie wysiadamy na dworcu w Salvadorze. Zaczyna się długi weekend więc dworzec dosłownie pęka w szwach. Wszędzie kręcą się podekscytowani podróżni. Jedni wyjeżdżają, inni przyjeżdżają, a jeszcze inni kupują bilety stojąc w niemiłosiernie długich kolejkach. Panuje niesamowity harmider. Wszyscy gdzieś pędzą, z kimś się witają, ciągną ze sobą swoje olbrzymie walizki. Dzwonimy do Otavio, który niecałe 10 minut później przyjeżdża nas odebrać i razem jedziemy do jego domu.

Po szybkim śniadaniu ruszamy zwiedzać miasto. Salvador ma niechlubną opinię jednego z najniebezpieczniejszych miast Brazylii. W naszym przewodniku wymienione są ulice, po których nie warto chodzić, gdyż zdarzają się tam kradzieże. Wielkimi kółkami zaznaczam je na naszym planie. Tak na wszelki wypadek. Aby nie kusić losu. Na szczęście ponieważ jest święto Otavio może nas nieco powozić po mieście. Również po tych niebezpiecznych ulicach, które rano w dzień wolny od pracy se Se niemal całkowicie opustoszałe. Gdy zatrzymujemy się na światłach koło Praça Campo Grande przez skrzyżowanie przechodzi mocno wymalowana młodociana narkomanka. Nieobecnymi oczami patrzy w naszym kierunku zwalniając kroku. Zatrzymuje się na chwilę, po czym chwiejnym krokiem rusza dalej w sobie jedynie znanym kierunku. Oto jedna z twarzy Salvadoru.


Wysiadamy na chwilę przy Rua da Polonia, gdzie robimy sobie zdjęcie z flagą Polski na tle tabliczki z nazwą ulicy. Szybko jednak pakujemy się z powrotem do bezpiecznego samochodu, gdyż okolica nie zachęca do dłuższych spacerów. Ulice są puste, otoczone opuszczonymi wieżowcami pomiędzy którymi tylko smutno hula wiatr. Idealne miejsce dla szukających okazji złodziei: podbiegnie taki z nożem, aby chwilę później zniknąć bez znaku w jednym z licznych pustostanów.

Jedziemy do popularnej dzielnicy Barra. Okolica tutaj wygląda zupełnie inaczej niż nieco przerażające centrum miasta. Na plażach wylegują się setki ludzi. Opalają się, grają w piłkę nożną, siatkówkę, kąpią się w ciepłym oceanie. Aż ciężko uwierzyć, że te dwa miejsca znajdują się tak blisko siebie! Otavio nas tutaj wysadza, a my idziemy przejść się wzdłuż plaży, zobaczyć najstarszą w Ameryce Łacińskiej latarnię morską i zjeść aracaje – rodzaj bułki zrobionej z fasoli oraz nafaszerowanej krewetkami, sałatką oraz vatapa.

Ponieważ dosyć szybko udaje się nam zobaczyć wszystko co jest do zobaczenia w Barra, decydujemy się pojechać do centrum historycznego mając nadzieję, że teraz jest tam więcej ludzi. Wsiadamy w autobus i po paru minutach wysiadamy przy Praca da Se. Jakaż zmiana, w porównaniu do tego co widzieliśmy zaledwie parę godzin wcześniej! Teraz to miejsce tętni życiem, a przed windą Carlosa Lacerdo, która łączy górne miasto z dolnym stoi kolejka ludzi oczekujących na podróż tą niesamowitą kapsułą czasu z końca XIX wieku. Dołączamy do nich i po niezbyt długim czasie zjeżdżamy do podnóża klifu.
 
Na dole znajduje się jeden z żelaznych punktów odwiedzanych przez turystów przyjeżdżających do Salvadoru: Mercado Modelo. Wąskie alejki targu wypełnione są kolorowymi obrazami, pięknie zdobionymi bluzkami, drewnianymi rzeźbami oraz całym stosem innych pamiątek. Wszystko po to aby zadowolić gusta najbardziej nawet wybrednych gringos. Na końcu hali odbywa się akurat pokaz capoeiry. Ubrani na biało smukli mężczyźni raz po raz wyginają się w przedziwnych pozach, a wszystko w rytmie muzyki granej na berimbau.

Gdy już zaspokoiliśmy naszą ciekawość tym przemyślnym spektaklem łączącym taniec ze sztuką walki ponownie przenieśliśmy się w górne rejony miasta. Stojąc na tarasie widokowym przyglądamy się z góry dziwacznej jak dla nas sytuacji: tuż koło pięknie wyremotowanego i pełnego turystów Mercado Modelo, znajdują się całkowicie opuszczone wieżowce. Kolosy otoczone górami śmieci walających się w przyokolicznych uliczkach, pozbawione szyb z wiatrem hulającym w ich wnętrzu sprawiają wrażenie bardzo surrealistycznych, a jednak trudno uwierzyć że cały ten świat istnieje naprawdę i wcale nie jest aż tak odległy jak nam sie wydaje. Dawniej grając w popularną grę Sim City taki obraz upadającego miasta wydawał mi się tak bardzo abstrakcyjny, że mógł być on tylko czystą wizją grafika komputerowego. Tutaj widzę ten wirtualny świat na własne oczy i muszę przyznać że rzeczywistość  przebija te wirtualne wyobrażenia. Niesamowicie dziwne uczucie


Idziemy w stronę fantastycznie odnowionej starówki. Wygląda ona nieco jak cyrk specjalnie przygotowany dla spragnionych atrakcji turystów. Można tutaj spróbować lokalnego jedzenia, za odpowiednią opłatą zrobić sobie zdjęcie w stroju baiana, kupić brakujące pamiątki... Niemal na każdym kroku stoi policjant z olbrzymim pistoletem wiszącym u pasa. Dzięki takim środkom ostrożności turyści mogą sobie pozwolić na chwilę beztroski: biegają po starym mieście, z wielkimi aparatami najlepszych marek przewieszonymi przez szyje, obwieszeni drogą biżuterią, z tylnych kieszeni wystają im aż proszące się o kradzież  wypchane realami portfele. Ale tutaj nie muszą się niczego obawiać. Władze miasta  zadbały, aby znajdująca się tuż za rogiem bieda, nie rzucała się za bardzo w oczy; aby bezdomni nie włóczyli się żebrząc po kolorowych uliczkach; aby przyjeżdżający tutaj ludzie mogli czuć się bezpiecznie.

Wystarczy jednak skręcić nie w tę co trzeba uliczkę, przejść o przecznicę za daleko, zaglądnąć w opuszczony zaułek, aby ta bieda nas dopadła. Znowu widzimy opuszczone, pomalowane kiepskiej jakości graffiti bloki z betonu; znowu zza wpół otwartych drzwi zerkają na nas niezbyt przychylne spojrzenia. Pora wracać na turystyczny szlak: nie należy kusić losu. Dla mieszkańców okolicznych flaveli jesteśmy tylko kolejnymi gringo. A gringo dlą nich oznacza pieniądze. Zresztą trudno im się dziwić: gdy napatrzą się na tych biegających po mieście, szpanujących swoim bogactwem turystów, w ich głowach tworzy się proste równani: turysta = pieniądze. Dlaczego ja nie mam nic, skoro oni mają tak wiele? I na swój sposób chcą oni wyrównać tą niesprawiedliwość społeczną.


Wolnym krokiem dochodzimy do Largo do Pelourinho. Na mijanych uliczkach miejscowi artyści wystawili na sprzedaż swoje obrazy. Część z nich, na porozstawianych wprost na bruku paletach, ciągle maluje coraz to nowe dzieła. Zewsząd otaczają nas dźwięki: niemal z każdego sklepu, z każdego rogu, z każdego placu dobiega nas bądź to grana na żywo, bądź odtwarzana z płyt żywa, brazylijska muzyka. Nagle słyszymy dobrze nam znaną piosenkę Micheal’a Jackson’a dobiegającą z jednego ze sklepów z pamiątkami. Spoglądam w górę, a tam z balkonu spogląda na nas pełen entuzjazmu tekturowy Michael. Okazuje się, że to właśnie tutaj nakręcił on teledysk do odtwarzanej tutaj w kółko piosenki. Za jedyne 2 reale można wejść na balkon i zrobić sobie zdjęcie z tekturowym Królem.

Siadamy na schodach przy Fundacao Casa de Jorge Amado. Przed nami rozpościera się widok na zakazaną dla nas Rua das Flores. Prowadzi ona do dużego ładnego kościoła na wzgórzu. W naszym przewodniku napisano, że zdarzają się tam napady na niczego nie świadomych turystów. Rzeczywiście mało ludzi tamtędy chodzi, pomimo, że sąsiaduje ona z bardzo turystyczną starówką. Ciekawe czy naprawdę jest tam tak niebezpiecznie czy też jest to po prostu wyolbrzymione w naszym przewodniku? Nie będziemy tego jednak sprawdzać. Nie warto.

Zmęczeni całodniowym upałem idziemy do autobusu. Bardzo sympatyczna pani informuje nas, którym dojedziemy do domu Otavio. Mieszka on w „dobrej”, bezpiecznej dzielnicy. Wracamy do naszego tymczasowego domu, robimy obiad i idziemy spać. Jutro czeka nas kolejny dzień w podróży...


English:

After a night spent in the bus we get off at the station in Salvador. A long weekend is just starting so the train station literally bursting at the seams. Everywhere excited travellers are running. Some are leaving, others arriving, and some are buying tickets standing in mercilessly long queues. There is an incredible rush. Everyone is rushing somewhere, someone is welcome, someone is pulling huge suitcase. We call Otavio, who less than 10 minutes later come to pick us up and together we go to his house.

After a quick breakfast we set off to explore the city. Salvador has the infamous reputation of being one of the most dangerous cities in Brazil. In our guide mentioned are the streets after which it is not worth to go since there robberies occur. I mark them on our plan with the big wheels. Just in case.
We prefer don’t tempt fate. Fortunately, because it is the holiday Otavio can drive us a bit around the city. Even through these dangerous streets that in the morning on a day off from work are almost completely deserted. When we stop at a traffic light near Praça Campo Grande heavily painted juvenile drug addict passes through the intersection. With the absent eyes she is looking in our direction slowing down. She stops for a moment, then start moving again in the direction she only knows. Here's one of the faces of Salvador.



We get off for the moment at Rua da Polonia, where we take a picture with the Polish flag and a plate with the name of the street. But we quickly pack back into the safe car, because the area does not encourage to longer walks. The streets are empty, surrounded by abandoned towers between which wind blows sadly. The perfect place for thieves: to run up with a knife and to disappear without a sign in one of the many empty buildings a moment later.

We're going to the popular district of Barra. The area here is quite different than a bit scary city centre. On the beaches hundreds of people sprawl. Sunbathing, playing soccer, volleyball, swim in the warm ocean. It's hard to believe that these two places are so close together! Otavio leaves us here and we're going to the beach to see the oldest in Latin America lighthouse and eat aracaje - a kind of bread made ​​of beans and staffed with prawns, salad and vatapa.

Because pretty quickly we manage to see everything there is to see in Barra, we decide to go to the historic centre, hoping that now there are more people. We get on the bus and after a few minutes, we get off at Praça da Se. What a change compared to what we saw just a few hours earlier! Now this place is teeming with life and in front of Carlos Lacerdo elevator that connects the upper town to the lower people are standing and waiting to travel this amazing time capsule from the late nineteenth century. We join them and very soon descend to the foot of the cliff.


At the bottom is one of the iron points visited by tourists coming to Salvador: Mercado Modelo. The narrow alleys are filled with tender colourful paintings, beautifully decorated blouses, wood carvings and a whole pile of other memorabilia. Everything is done to satisfy the tastes of even the most demanding gringos. At the end of the hall a show of capoeira takes place. Men dressed in white slender repeatedly bend in strange poses, all in the rhythm of the music played on the berimbau.

Once we watched this ingenious spectacle combining dance with martial arts we moved again into the upper areas of the city. Standing on the terrace, we look from the top at a bizarre situation: just next to beautifully refurbished and full of tourists the Mercado Modelo, completely abandoned skyscrapers are located. Colossi surrounded by mountains of garbage lying around in close-by streets, devoid of windows with the wind blowing inside of them seems very surreal. Playing in the past in popular game Sim City a picture of the failing of the city seemed to me so abstract that it could be just a pure vision of computer graphics. Here I can see the virtual world with my own eyes and I have to admit that reality trumps these virtual ideas. Incredibly strange feeling


We walk toward the fantastically renovated old town. It looks a bit like a circus specially prepared for the tourist thirsty of attractions. Here you can try the local food, for a fee take a picture in baiana costume, buy a small souvenir... At almost every corner is a cop with a huge gun hanging from his belt. With such precautions tourists can afford carefree moment: running around the old town with big, top brands cameras slinging over their necks, expensive jewellery, wallets stuffed with reals hanging from the back pocket just asking to be stolen. But here we have nothing to fear. The city authorities make sure that tourist don’t find the poverty which is just around the corner; don’t see homeless begging in the colourful streets… Arriving here people can feel safe.

But just turn in the wrong street or go about a block too far, have a look in the deserted alley to get caught by this poverty. Again we see the abandoned poor quality concrete blocks painted with graffiti, again from behind the half- open door peek at us not very favourable look. Time to go back on tourist trail: do not tempt fate. For the inhabitants of the surrounding flavelas we are only successive gringo. And a gringo means money. Besides, it is difficult to see why: when they see all those wealthy tourists showing off with their cameras, their heads creates a simple equation: tourists = money. Why I do not have anything, when they have so much? And in their own way, they want to equalize the social injustice.

We are walking slowly to the Largo do Pelourinho. On the streets local artists set to sell their paintings. Some of them stay with their pallets directly on the pavement, still painting a more and more art works. We are surrounded by sounds: from almost every store, from each corner of each square comes to us either played live or from CDs Brazilian music. Suddenly from one of the souvenir shops we hear a well-known song of Michael Jackson. I look up and there from the balcony full of enthusiasm cardboard Michael is looking at us. It turns out that it was here that he shot the music video for song which is played over and over again here. For only 2 reals, one can go to the balcony and take a photo with a cardboard king.

We sit on the stairs at the Fundaçao Casa de Jorge Amado. In front of us there is the forbidden for us to Rua das Flores. It leads to a nice big church on the hill. In our guide tells us that muggings occur there for unconscious tourists. Indeed, few people walk that way, despite the fact that it is adjacent to the very tourist old town. I wonder if it really is so dangerous or is it just exaggerated in our guidebook. We will not check it. Not worth it.


Tired of the all-day heat, we go on the bus. Very nice lady informs us how we can get to Otavio’s home. He lives in a "good” safe area. We return to our temporary home, do dinner and go to sleep. Tomorrow we have another day of travelling...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz